niedziela, 19 lutego 2017

Westworld tak jakby

Krata ciągle za mną chodzi. Chciałam mieć długa spódnicę w kratę. Albo sukienkę z długą spódnicą, tak żeby było na zimę. Kratę znalazłam przypadkiem w zupełnie śmiesznej cenie, wzięłam ile było w sklepie, czyli 2,8 m pięknej wełny, aż strach było ciąć. Wybrałam wykrój projektanta z Burdy 11/2016, czyli niedzisiejszy model Leny Hoschek i nie ma co oszukiwać, wszystko za sprawą Brahdelt i jej sukienki. Początkowo skroiłam spódnicę do ziemi, poskładałam kawałeczki w całość i aż usiadłam z wrażenia. No nie wiem czy dokładnie o takie wrażenie mi chodziło: Dziki Zachód / Westworld, film kostiumowy, rewolwerowcy, te klimaty.
Skróciłam o jakieś 20 cm z nadzieją że będzie lepiej i z bólem serca, bo to jednak pożegnanie z wymarzoną długą spódnicą. Teraz sięga do pół łydki iiiiii nadal się kojarzy jw. :-) I tak już zostanie. 
Sporo zmian wprowadziłam do oryginalnego wykroju: dekolt podniosłam 4 cm w górę, po 1 cm z boków bardziej zabudowałam ostrzeżona doświadczeniami innych szyjących. Jednak zależało mi żeby nie przeziębić płuc dekoltem do pasa, sukienka wszak miała być zimowa. Mimo wszystko na próbnej tkaninie sprawdziłam oryginalny wykrój i muszę przyznać że jest śliczny, głębszy dekolt jest szalenie zgrabny, może kiedyś uszyję taki jakim go widziała projektantka. Wracając do moich poprawek: szew ramienny przesunęłam do przodu o  1 cm żeby skorygować pochylenie ramion do przodu. Górę skróciłam o kilka cm - standardowa poprawka w burdzie, większość korpusów burdy jest na mnie za długa. Ramiona zwęziłam o 1 cm z każdej strony. Suwak wszyłam z boku zamiast z tyłu, bo nie chciałam rozcinać tylnego klina spódnicy. Sukienka jednak mści się za takie rozwiązanie: trudniej ją zakładać, a żeby z niej wyjść trzeba się trochę nagimnastykować. 
Górę wykończyłam lamówkami ze sznureczkiem, nieźle wyszło, nie chwaląc się :-)
Dół to dwa ćwierćkoła, a te 20 cm z długości skróciłam od góry, bo chciałam mieć pełniejszą spódnicę, skoro już nie całkiem długą. Nadmiar obwodu w pasie ułożyłam w dwie zakładki - taka wersja była chyba najlepsza, a przymierzałam różne opcje.
Pomijam ze nie doczytałam wskazówek burdy, przez co przekombinowałam wszycie podszewki, naszyłam się jak szalona tylko po to żeby spruć dwudniową robotę i doszyć podszewkę tak jak być powinno. Szczęśliwie nie zrobiłam zdjęć tego etapu, oszczędzę wszystkim tego widoku. Ostatecznie byłam tak zadowolona jakby mnie na mustanga wsadzili, że nie pozwoliłam sobie na przepuszczenie fuszerki. Denerwowałoby mnie do końca życia sukienki, że nie jest tak wykończona jak trzeba - nie zawsze zgadzam się ze skadinąd mądrym zdaniem, że zrobione jest lepsze od perfekcyjnego.
Rękawy za którymś razem dały się gładko wszyć, zgodnie z instrukcją oblamowałam wewnątrz zapasy wszycia rękawów, co nadało ładnego kształtu główkom. Podoba mi się takie rozwiązanie, aż miło oglądać sukienkę od wewnątrz. Szczególnie że wszyłam też prześliczną wiskozową satynową podszewkę, solidną, ciężką i chłodną w dotyku:
Dół spódnicy wykończyłam lamówką od spodu, dzięki czemu układa się lekko i nie ma żadnych widocznych szwów na zewnątrz. No narobiłam się, ale jestem zadowolona. Istny Westworld :-)
No to można się w końcu przebrać ubrać.
Pozdrawiam :-)

sobota, 31 grudnia 2016

Nowe na Nowy Rok

Nie planuję robić podsumowań, obietnic ani planów w związku z Nowym Rokiem; niech się życie toczy, zrobię co mogę i co dam radę.
Trochę zamarł mi blog w tym 2016, ciężka końcówka roku była i nielekko zapowiada się 2017, ale to dobrze. Coś tam szyłam, coś dziubałam na drutach, tylko zabrakło siły i mobilizacji żeby Wam to pokazać. No to chociaż jakieś pojedyncze sztuki zaprezentuję:
Prawie biała koszula, na wczorajszym zdjęciu jeszcze bez guzików, dziś już porządnie wykończona. Z guzikami zrobił się problem - w mojej ulubionej pasmanterii zaczęli sprzedawać je jedynie w hurtowych ilościach. Nie kupię przecież 1000 sztuk, bo do końca życia pewnie tylu koszul nie uszyję, żeby te guziki ponaszywać, odpukać. Udało się szczęśliwie  wygrzebać w sklepie przyzwoitą setkę guzików (rozsądny zapas!) i wykończyć koszulę jeszcze w starym roku. Wykrój jest bardzo przyjemny, z papavero, kilkakrotnie już przetestowany. Muszę tylko pamiętać żeby koniecznie poszerzać rękawy o około cal w obwodzie ramienia, co mi mocno rzutuje na dopasowanie rękawa do torsu, wrrr. Tym razem wyszło nieźle, bywało gorzej :-) Koszula jest w pełni noszalna. W ogóle testowałam kilka wykrojów koszul w ostatnim półroczu  i ten jakoś najbardziej mi pasuje. W szyciu posiłkowałam się wspaniałym tutorialem koszulowym przygotowanym przez Kingę, naprawdę REWELACJA, polecam.
 Spódnica powstałą z resztki tkaniny wyprzedażowej, nie gniecie się no i ta krata - musiałam mieć kraciastą spódnicę. Wykrój to radosna twórczość, dwie ćwiartki koła zszyte nawet bez próby spasowania kratki, na co zresztą nie było najmniejszej szansy. Długość wyszła dokładnie taka, na jaką pozwoliły wymiary tkaniny, nie zostało nawet na podwinięcie dołu, więc wykorzystałam czerwoną lamówkę, co do której zmieniły mi się plany i leżała nieprzypisana do żadnego zadania.
Lamówką wykończyłam też pasek od spodu. No i mam takie ładne elementy pięknie schowane przed światem, za to niezmiernie poprawiające mi humor :-) Lubię tę spódnicę, dobrze się układa, nie gniecie się, kolor i fason mi leżą. Czego chcieć więcej? No i ta haftka przy pasku, taka trochę staroświecka i niedzisiejsza, no miód.
Z dziubanych rzeczy chyba nie pokazywałam jeszcze sweterka Natsumi by Yoko Hatta. Zdjęcie już mocno archiwalne z 2014 roku. Jak kupiłam wzór, musiałam od razu wrzucić na druty a pod ręką była tylko taka właśnie jak na poniższej fotce szara mieszanka wełny i czegośtam nieszlachetnego. Mimo to sweterek jest mocno użytkowany, niesamowicie wygodny i ukochany, do tego stopnia, że popełniłam drugi taki. I trzeci. Co w nim tak polubiłam? To, że jest robiony w poprzek, przez co się ładniej układa, że ma dekolt łódkowy, że ma fajne proporcje, że rękawy są odpowiedniej długości i szerokości, że... No jest po prostu idealny.
Ten w morskim/petrolowym kolorze (poniżej, Nr 3) jest najnowszy; w stosunku do wzoru oryginalnego wprowadziłam jedną zmianę: nie skracałam przodu, a jedynie tył wydłużyłam. Włóczka to Flora Dropsa, mieszanka wełny i alpaki 65/35, bardzo przyjemna w robocie, jeszcze nie wiem jak się będzie użytkować - mam nadzieję że bezproblemowo.
 Ten poniżej (Nr 2) jest zrobiony z nieco grubszej włóczki, surowej litewskiej 100% wełny. Nie bawiłam się z przerabianiem wzoru, tylko zrobiłam najmniejszy rozmiar, a i tak wyszedł dość obszerny. Podobnie jak Nr 1 jest często użytkowany.
Trzy takie same to już lekka przesada, ale co poradzę jak mi się tak podobają? No może przez jakiś czas nie zrobię czwartego, poczekam aż któryś z tych dokona żywota.
Przy trzecim chciałam przynajmniej zmienić wzór warkoczowy... i poległam, ten mi się najbardziej podobał, więc zostawiłam jak jest.

Wszystkiego najlepszego w Nowym Roku!

niedziela, 1 maja 2016

Skarpetkowo znowu / Socks again

Nówki sztuki nieśmigane, leżały od paru tygodni (!) i czekały do dziś na premierę blogową:


Aż żal że takie niemedialne, nie do końca mają kolory takie jak na zdjęciach, tym niemniej ładne są, a już na pewno wygodne. Co do trwałości, wypowiem się za jakiś czas.
Wzór / Pattern: Scylla by Fiona Bennett
Włóczka / Yarn: Opal 4-fach Play, 75% virgin wool + 25% polyamid, 100g/425 m.
Druty / Knitting needles: z żyłką 2,25 mm circular

Te zaś mają już co nieco za sobą, ale nadal nieźle się trzymają, hmm, chyba nie promowały się jeszcze w blogosferze:


Zdaje się, że robiłam je z grubsza wg wzoru Jaywalker, albo podobnego, w każdym razie zaczynając na pewno od palców, bo inaczej nie lubię. Nie pamiętam co to za włóczka, a szkoda, bo wyjątkowo dobra. 
Pierwszy maja dziś, to mnie tknęło żeby podliczyć ile skarpetek pracowicie zdziubałam do tej pory. Nie policzyłam, bo nie pamiętam :-) Jedna para po niedługim użytkowaniu przeniosła się do skarpetkowego nieba (bo z nieskarpetkowej włóczki była i nie wytrzymała), jednej pary nie pokażę  publicznie (bo ma ze 30 lat i nadal żyje, ale trzeba mieć szacunek dla wieku i estetyki), jedna para czeka na pranie (nieskarpetkowa włóczka, wytrzymuje użytkowanie, ale wybitnie traci na wyglądzie i rozmiarze, za to zyskuje na właściwościach cieplnych), ale reszta służy mi dzielnie:
 Mało tego jakoś, a wydawało mi się, że co chwila wiszą mi na drutach skarpety. Na razie wystarcza na tydzień po parze dziennie, fajnie, ale nadal mało.

Aaaa, i zagadka się wyjaśniła. Dziecko zaanektowało mi część urobku: na dowód wsadziło w kadr oskarpetkowaną stopę. Właściwie to jak natężam pamięć to przypominam sobie, że niemal co druga para skarpet wędrowała z drutów prosto do Dziecka, bo tak ma podobno wyglądać sprawiedliwość społeczna. 
W każdym razie cierpię na niedosyt własnoręcznie zdziubanych skarpecioszków, więc nadrabiam: 
Marnie mi idzie, chyba mam za dużo potrzeb w stosunku do własnych możliwości produkcyjnych; ze dwa tygodnie nie przybyło ani jedno oczko i na razie nie zapowiada się na poprawę. 
...
Bo o wyższości skarpet własnoręcznie zdziubanych chyba nie trzeba nikogo przekonywać?

Pozdrawiam!

niedziela, 6 marca 2016

Torba w paski / Striped shopper bag


Idąc za ciosem uszyłam kolejną torbę, tym razem dla siebie, według mojego projektu. No, prawie mojego, pomysł wzięłam z pięknego tutoriala na Weekender tote. Oryginał jest prześliczny, ale nie do końca spełniał moje wymagania: torba musiała być duża, zamykana, z kieszeniami wewnętrznymi i na zewnątrz, też zapinanymi. 
Uszy oraz spód razem z kieszeniami na dole jest uszyty z alkantary. Polubiłam ją, dobrze się szyje.
Powyżej zbliżenie dolnej części, zewnętrznych kieszeni, które pewnie do niczego nie posłużą, ale mimo wszystko ładnie wyglądają więc zasługują na byt. Ich górną krawędź, tak samo jak górną krawędź torby obszyłam bizą skóropodobną, która początkowo miała zdobić poprzednią, torbę, tę niebieską, ale plany się zmieniły - na szczęście dla obu toreb. No dobra, to zdjęcie wkleiłam głównie po to, żeby się pochwalić dokładnym wykonaniem: proszę, jak pięknie pozszywałam kawałki.
 Trochę reklamy (ten wpis nie jest sponsorowany, choć czasopismo nie znalazło się w torbie przez przypadek. Faktycznie podróżowało ze mną cały dzień). Mam zatem dużą kieszeń na A4, to konieczność, mam też mniejszą kieszonkę na suwak, bo lubię - tę na zdjęciu poniżej.
Tkaniny pochodzą z IKEI (która także nie sponsorowała tego wpisu) i są naprawdę dobre gatunkowo. Oraz ładne, choć im dłużej patrzę na tę zewnętrzną w paski, tym większe mam wątpliwości. No ale już po fakcie, przecież już niczego nie zmienię więc mogę tylko polubić.
Torba jest naprawdę duża, szeroka na ok. 50 cm i wysoka na 55 cm, więc nie ma problemu z zapakowaniem wszystkiego co niezbędne w damskiej torebce :-)
Na razie faza na torebki mi przeszła, może porobię coś, co mniej rujnuje nerwy i maszynę. 
Pozdrawiam!

niedziela, 21 lutego 2016

Niebieska plecakotorba / Blue backbag

Torba powstała na specjalne zamówienie Dziecka. Kupiłyśmy metr alkantary, metr podszewki, parę metalowych sprzączek. W zasadzie najpierw kupiłyśmy zestaw suwaków, ale się okazało że nie trafiłyśmy kolorem  i alkantary do suwaków się nie dobierze, więc trzeba było drugi raz biec po suwaki. Prawda, że te pasują całkiem nieźle? Sama dobierałam, a jak wróciłam to Dziecko kręciło nosem że przyniosłam suwaki kostkowe a nie żyłkowe, że takie toporne i sportowe. No niby tak, ale ostatecznie wyszło całkiem fajnie. Suwaki na zewnątrz są trzy: zamykający torbę, ten na bocznej ściance i jeden długi łączący uszy, które można rozpiąć i z torby robi się plecak.

Dziecko opracowało projekt w najdrobniejszych szczegółach, włącznie z wykrojem papierowym, wycięciem z tkaniny, prasowaniem, etc., poza tym służyło asystą przy szyciu. Dopóki się nie znudziło, oczywiście :-)
Środek torby zupełnie powala mnie na kolana, tkaninę znalazłyśmy w IKEI, naprawdę fantastyczna masywna, prześliczna bawełna, która doskonale się szyje. Nie da się pokazać na zdjęciach wszystkich kieszonek, a Dziecko zażyczyło ich sobie sporo, każdą na wymiar i każdą ze specjalnym przeznaczeniem, wiecie: klucze, telefon, notatnik, książka, A4 itd. Każda kieszeń i przegroda ma wobec tego dobrze przemyślane zapięcie: suwak albo zatrzask magnetyczny. I każdy suwak zapina się na jedyną słuszną stronę, co dla mnie miało znaczenie o tyle, że kiedy już spięłam szpilkami i siadałam do maszyny żeby zszyć, Dziecko podnosiło larum że spięłam nie te części, bo suwak się przecież ma zapinać na tylnej ściance na lewo. Kurczę, a ja myślałam że dobra torebka to taka, do której mi się wszystko zmieści i tyle. O, proszę poniżej przykład fanaberii Dziecka: boczna ścianka, kieszonka górna: notes. 
Ech, ale mi się torba udała. A lamówkę wszywałam pierwszy raz w życiu, taką ze sztucznej skórki i nawet równo wyszła. To już mój wkład projektancki, żeby nie było, że tylko Dziecko ma genialne pomysły.
No to teraz siądę, odpocznę i będę się podziwiać :-)
Pozdrawiam!