piątek, 1 maja 2015

Pikowanie z wolnej ręki trenuję / Free hand quilting practising

Zimą gdzieś wypatrzyłam w sieci wyzwanie żeby wypikować poduszkę wzorkiem w piórka. Zaczęłam szybko, bo nieużywana poszewka z granatowej bawełny z IKEI leżała i czekała na prucie, a skończyłam niedawno. Nie dlatego, że mi się nie chciało, ale okazało się że maszyna mniej lubi pikowanie niż ja :-) Naprawa była konieczna.

Poducha nie powala, ale zadowala. Przy okazji wrzuciłam zbite wypełnienie starej poduchy do wool pickera, co znakomicie rozpuszyło włókienka. Uszyłam też nową powłoczkę na wypełnienie z zapięciem na prawie kryty suwak. No "prawie", bo bez stopki do krytych zamków, za to z rozprasowaniem suwaka - sposób znaleziony na portalu ekrawiectwo.net, polecam. Nie najgorzej wyszło, ale do pokazywania specjalnie się nie nadaje. Jest schowany w poszewce, swoją rolę pełni dobrze, więc nie musi być dodatkowo obłędnie piękny :-) No i mam całkiem nową poduchę, bo i puchata się zrobiła, i stara poszewka zyskała nowy wygląd, a ja sobie potrenowałam pikowanie w pióra, kamyki i echo, zaprawdę, bardzo wciągająca zabawa. Zapewne sporo treningu jeszcze by się przydało, może kiedyś pomęczę drugą taką samą poszewkę. 
Na fali radości z naprawionej maszyny uszyłam też igielniczek z resztek bawełny z miśkowymi wzorkami:
 i z tyłu:
 i w środku filcowe karteczki:
Baaaardzo użyteczny gadżet: igły mają swój domek, nie wypadają, a ja wiem gdzie ich szukać. Mała rzecz, a wiecie jak to jest :-)
Na drutach też coś tam dziubię, na kołowrotku mam wełnę kamieniecką, więc nie tylko szycie mnie bawi teraz. 
Pozdrawiam serdecznie!

niedziela, 22 marca 2015

Owca kamieniecka i torba / Kamieniecka sheep and new bag

Moje zbiory wełny parę dni temu wzbogaciły się o cenny wór z runem owcy kamienieckiej. Pozyskałam strzyżę na terenach, gdzie owce owe powinny występować, czyli na północno-wschodnich krańcach Polski, prosto od hodowcy. Owce użytkowane są jako wełnisto-mięsne lub wełnisto-plenne, co daje nadzieje na uzyskanie wełny dobrej jakości do ręcznego przerobu. W genach zapisani mogą być m.in. tacy przodkowie jak Texel, Kent/Romney i Laine. 
Ponieważ akcja zakupu była szybka i spontaniczna i nie było czasu na wybieranie, do wora trafiły przede wszystkim kawałki nie najbardziej zanieczyszczone i raczej dłuższe niż krótsze. Sporo jest wplątanych resztek roślinnych, z reguły w takich sytuacjach słyszę od hodowcy: "Jakby wełna była strzyżona po pastwisku, to by była czysta, a jak po zimie, to jest jak jest". No i taka prawda, a wobec takiej a nie innej ceny strzyży raczej nie podejrzewam nikogo o chęć zakładania owcom kubraczków w celu utrzymania wełny w czystości. 
Zdjęcie powyżej przedstawia już uprane loki średniej długości, a dość często zdarzają się dłuższe. Wełna jest pięknie sprężysta, ale jeśli ktoś lubi merynosy, to zdecydowanie NIE jest to miękki merynos. Ale też nie gryzie mnie i nie drapie. Nie potrafię określić jej grubości w mikronach; w mojej prywatnej skali jest super i po wstępnej ocenie przewiduję mnóstwo dobrej zabawy i niezłe efekty. Uważam, że miałam ze 6 kilo szczęścia tym razem :-)
 Tak wygląda próbka navajo (po lewej) i singla. Z singla nie zamierzam nic robić, raczej będę skręcać 2 lub 3-ply, może powstanie sweter, a może co innego, jeszcze nie wiem.
Singiel na szpuli przeznaczony do dalszego skręcania wygląda jak wyżej. Czy martwi mnie takie zanieczyszczenie materią organiczną (VM)? Nie, zupełnie. Większość śmietków już wypadła w czasie czesania i przędzenia, przy skręcaniu nitka jeszcze trochę się oczyści, a później będę ją farbować i wtedy pozostałe zanieczyszczenia, jeśli w ogóle jeszcze będą, zrobią się niewidoczne. Testowałam już ten sposób na chuście przedstawionej w poprzednim poście i świetnie zadziałało. 
No to teraz z innej beczki, bo nie samym przędzeniem człowiek żyje. Dziecko zaprojektowało w najdrobniejszych szczegółach torbę i dopilnowało, żebym uszyła. No to płakałam i szyłam. 
Przód:
 Bok:
 Plecki:
Wnętrze też jest całkiem udane, pełne kieszeni i przegródek, ale już zagracone i nie nadaje się do pokazywania.
I tym razem OŚWIADCZAM, że to OSTATNIA torba, jaką uszyłam z tak ciężkich materiałów według nieprzemyślanego konstrukcyjnie pomysłu. Oświadczam to tutaj publicznie, żeby nie zapomnieć (bo jak wiadomo wspomnienia traumy z czasem bledną) i żeby Dziecko, które tu zagląda miało to czarno na białym!
Pozdrawiam serdecznie i wiosennie!

sobota, 21 lutego 2015

Moja nowa Juneberry i wool picker / My next Juneberry and wool picker

Poprzednia Juneberry byłą tylko próbką, musiałam ją zrobić z tego co miałam pod ręką (akryl+wełna) bo nie znam innego wzoru chusty, który równie mocno domagałby się natychmiastowego zrobienia. Jest genialny, nie dziwię się że doczekał się tylu pięknych realizacji.
A właściwa wersja musiała powstać z "mojej" wełny, znaczy się z runa, które trafiło do mnie w worku razem z całym dobrodziejstwem inwentarza, czyli tym co tam owca na siebie nawklejała. A konkretnie z dwóch różnych owiec, różnych ras. I co gorsza nawet nie wiem jakie to rasy, jedno co wiem, to że pasły się na polskim pastwisku, więc nie są to żadne merynosy. Pomimo tego Właśnie dlatego chusta przyjemnie nosi się koło szyi i nie gryzie, cudownie grzeje i jest wspaniale sprężysta. 
Z technicznych rzeczy to mogę tylko dodać że przędłam 2-ply, w 100 gramach było nieco powyżej 200 m. Farbowałam gotową włóczkę w zwykłych barwnikach do tkanin (kakadu) w garze, tyle że mieszałam chyba z 5 farbek. Końcowy kolor jest dość trudny do uchwycenia na zdjęciach, za to w realu niesamowicie energetyczny i pięknie twarzowy. Ponieważ wełna z obu owiec nieco się różniła, robiłam naprzemiennie po 2 rzędy z obu motków. Zdaje się, że całość razem z czapką waży mniej niż 400 g. No bo czapkę oczywiście też zrobiłam do kompletu: 

Warsztat narzędziowo-wełnisty trochę mi się ostatnio powiększył, z radością powitałam wool pickera. Nie wiem jaka jest polska nazwa? Szarpaki? 
Wool picker został zrobiony na zamówienie przez domową Złotą Rączkę. Tak na wszelki wypadek, gdyby komuś takie urządzenie nie było znajome, to wyjaśnię że służy do rozluźnienia upranego wełnianego runa, zanim wrzuci się je na gręple. Można skubać ręcznie, tyle że to raczej nudny i czasochłonny proces. Już przetestowałam swoją skrzynkę, działa znakomicie na wełnie i na alpace. Myślę że gdybym miała runo-cud nieziemskiej jakości z niezmiernie rzadko spotykanej rasy to może zadrżałaby mi ręka zanim wrzuciłabym owo runo na gwoździe. Ale w każdym innym przypadku, gdy w planach jest drum carder, nie ma co komplikować sobie życia. No to jeszcze fotka górnego suwaka:
 I en face:
W czasie pracy raczej należy uważać na ręce, może na wszelki wypadek nawet powstrzymać się od używek obniżających sprawność motoryczną. Gwoździe są naprawdę podstępne i szczerzą zęby na wszystkie strony. 
Aż żałuję że nie dokumentowałam procesu budowy, może komuś by się przydało.
Pozdrawiam serdecznie!

niedziela, 1 lutego 2015

Quilt aka patchwork

Otrzymałam parę lat temu w prezencie zszyty wierzch patchworka, którego ktoś nie chciał dokończyć, do tego parę ustnych instrukcji, kilka książek na temat, też niemal w prezencie, ba, nawet igły do ręcznego zszywania/pikowania (kto nie wie jaki to rozmiar, to naprawdę trudno sobie wyobrazić, dopóki nie trzeba nawlec nici :-)). Książki wiele razy wertowałam, podziwiałam, czytałam i wiedziałam, że co zasiane to kiedyś musi wykiełkować. No i wykiełkowało: tydzień temu wyciągnęłam ten nieszczęsny wierzch, kolejny raz mu się przypatrywałam, nie rozumiejąc do końca o co chodzi w dolnym rzędzie: rośnie las-drzewo wycięte-chaos:
 No w sumie jakiś sens w tym jest, ale kłóci się z moim poczuciem symetrii i estetyki. Dziecko rozumnie podrzuciło pomysł odcięcia tego, co nie pasuje, i tak też uczyniłam. Dałam na spód bawełnę z IKEI, która to bawełna miała być kawałkiem narzuty, która to narzuta od paru lat dojrzewa w mojej głowie. Rozciągnęłam to na podłodze, po wypraniu i wyprasowaniu, a jakże. Przykleiłam kawałkami taśmy malarskiej - o dzięki Wielki Internecie za te mądrości, które chętnym oferujesz! Nic się nie fałdowało i nie przesuwało niekontrolowanie. Na tym ułożyłam całą kanapkę: ocieplinę poliestrową grubości 7 mm oraz poprawiony wierzch:

I spięłam agrafkami. Tępymi, bo innych nie miałam, a i tak okazało się, że 60 sztuk wystarcza najwyżej na połowę, więc drugą połowę sfastrygowałam w kratkę. I ponowne dzięki, Wielki Internecie: któraś Mądra Kobieta napisała, że do pikowania ręcznego woli fastrygę, a do maszynowego agrafki. Mogłam teraz sama zweryfikować i wyszło, że Mądra Kobieta z Internetu miała pełną rację, przynajmniej co do maszynowego szycia: fastryga owszem, trzyma, ale przy przesuwaniu kanapki zahacza o igłę, śrubkę, stopkę i cokolwiek co napotka po drodze, czyniąc szycie lekko wkurzającym. 


 Przystąpiłam do pikowania: najpierw motywy choinkowe, co poszło względnie szybko, a później kawałek tła, powtarzając na nim motyw z choinek. I tu się zatrzymałam, bo wyglądało tak średnio, ogólnie szału nie było, nie grało i koniec. Poszło do prucia. Po konsultacji z Dzieckiem wyszło, że trzeba spróbować z wolnej ręki, tzw. free motion quilt. Zrobiłam mniejszą kanapkę i spróbowałam tego, co my nazywamy chyba "lotem trzmiela" a inni "stippling". I okazało się, że tak szybko to ten quilt nie powstanie. Przemilczę walkę z oporną maszyną, dwukrotną naprawę ustawień zębatki napędzającej, dobór nici i igły, tudzież różne opcje trzymania i prowadzenia tkaniny. W każdym razie uzbrojona w wampirki, tj. czyste ogrodowe rękawiczki z gumowanymi palcami (ponowne dzięki, o Wielki I. za wskazówki), po kilku dniach treningów i wahań nastrojów od totalnego zniechęcenia do euforii, przepikowałam całe tło w dość szybkim tempie. I jestem niezmiernie zadowolona z efektu, świadoma w pełni niedociągnięć, których kto nie wie, nie dostrzeże. 


Z drugiego kawałka IKEowej bawełny zrobiłam plisę (prostą, nie ze skosu), ponownie śląc dzięki do Wielkiego I.... za te wszystkie mądre tutoriale, dzięki którym narożniki wyszły mi tak pięknie (nie zawaham się użyć tego słowa). Plisę podszyłam od spodu ręcznie, rzeczoną igłą w przeraźliwie małym rozmiarze - bo tylko nią szło szybko. A pod koniec przypomniałam sobie o tunelu na drążek, na którym to dzieło ma zawisnąć:

Spód też mi się podoba, właściwie obie strony są dekoracyjne. 
Całość wyprałam ręcznie, zaliczając stan przedzawałowy, bo okazało się że ktoś, kto popełnił wierzch, użył plisy (tej w czerwoną kratkę), która puszcza kolor. Szczęśliwie nic nie zafarbowało, uznaję więc pierwszy eksperyment za udany. Będą następne. 
Większość pracy popełniłam na tej oto zabytkowej maszynie:
NA KORBKĘ! Dacie wiarę, że to cudo szyje? I to jak szyje! Bezszelestnie, więc można szyć gdy inni obok śpią. Niechimerycznie, nienarowiście, nie wybrzydzając ani na materię, ani grubość tkanin, no po prostu ideał. Tzn. byłby ideał, gdyby umiał szyć do tyłu i zygzakiem, a nie umie; no niestety, nikt nie jest doskonały. I tak te wady mogę wybaczyć, bo wygląd rekompensuje wszystko. 
Pikowanie z wolnej ręki robiłam na elektrycznej maszynie, w końcu obie ręce się przydają w tym celu. 
Za pomysł i natchnienie, za instrukcje i mądre słowa, za pokazanie mi, że istnieją maszyny na korbkę dziękuję Krysi (Starannie Opakowanej), bo to wszystką przez nią :-) I dziękuję tej osobie, którą z jakiegoś powodu zniechęcił wierzch patchworka, który miałam przyjemność (!) dokończyć. 
Pierwsze koty za płoty!

piątek, 26 grudnia 2014

Własny sweter / My own pullover

Udało się dziś wreszcie złapać trochę słońca po tych dobijająco ciemnych dniach, więc mogę pokazać sweter, który już miał swoją inaugurację poza internetem. Dumna jetem, bo to pierwszy udany, w pełni noszalny (wiem, co mówię, bom nosiła) i pełnowymiarowy (nie jakieś tam czapki czy mitenki) wyrób z własnej wełny. Znaczy się z wełny, którą tymi oto własnymi ręcami uprałam, wyczesałam, sprzędłam, pofarbowałam i zdrutowałam. Trwało to nie wiem ile miesięcy, bo każdy motek powstawał powoli, prawie każdy miał inną grubość i skręt. Po ufarbowaniu okazało się, że każdy motek, ba, nawet różne części motka w różny sposób przyjmowały barwnik. Jak się nie zadało trudu, żeby posegregować runo, to takie są efekty :-) Kilka partii swetra robiłam z dwóch motków, żeby w miarę równo rozłożyć kolor, co i tak do końca się nie udało. Mimo wszystko jestem zadowolona, nic w nim nie chcę zmieniać, jest ciepły, szorstki, ale nie gryzący, taki w sam raz. 
 Robiłam od góry, bezszwowo. Nie muszę chyba przekonywać, że na mnie leży dużo lepiej niż na bezdusznym manekinie :-)
I mały detal: dłuższy tył, żeby nie było tak całkiem nudno.
Szczegółów dziubania nie podam, bo nie pamiętam: druty chyba 3.5 mm, wełny zużyłam około 700-800 g, nie ważyłam.
Przed świętami sprawiłam sobie prezent: drum carder. O szerszą recenzję pokuszę się, gdy przetestuję go trochę dłużej. Na razie mogę tylko powiedzieć, że moje nadzieje że z carderem czesanie pójdzie łatwo, lekko i przyjemnie okazały się nie takie bezrozumne :-) Teraz może mniej czasu zajmie mi przygotowanie kolejnego kilograma wełny na duże swetrzysko. Nie mogę się nacieszyć nabytkiem, no bo przecież widać gołym okiem jaki jest piękny i przystojny i doskonały i w ogóle. I jakie piękne baty kręci z wełny właściwie skazanej na wyrzucenie: to co widać poniżej na zdjęciu, ten biały piękny puch to kawałki, które były krótkie i jakieś takie nieszczególne i nie chciałam się z nimi męczyć na czesakach ręcznych. Właściwie to już ten kawałek i kilka kolejnych skręciłam i wyszło całkiem przyzwoite navajo. 
Pozdrawiam, życząc wszystkiego dobrego, udanych zabaw z włóczką!